Wszystkie stworzenia duże i małe po albańsku

Właśnie wróciłem z akcji „odławiania” i szczepienia albańskiego bezdomnego szczeniaka. Lekko pogryziony, mocno polizany i bardzo szczęśliwy.
Jak powiedzieć po albańsku „wścieklizna”, gdy nie zna się albańskiego? OK, można napisać na smartfonie i przetłumaczyć. Ale co jeśli dwie osoby, którym pokazujemy telefon, to – choć znają albański – nie potrafią ani czytać ani pisać, a telefon właśnie stracił zasięg i nie wydaje z siebie żadnego dźwięku po albańsku? Wtedy pozostaje trochę się poślinić, powarczeć i udawać wściekłego psa.
Właśnie wróciłem z akcji odławiania i szczepienia bezdomnego szczeniaka w Sarandzie. Wróciłem szczęśliwy i uśmiechnięty od ucha do ucha. Zostałem raz po przyjacielsku ugryziony w policzek i polizany od szyi po czoło kilka razy. Ewa i Leszek, polskie małżeństwo, które opiekowało się bezdomnym szczeniakiem mieszkającym w parku w Sarandzie, wszczęło alarm, bo psiakowi wbił się w pysk haczyk wędkarski. Akurat mnie nie trzeba tłumaczyć jak trudno taki haczyk usunąć. Mojemu kuzynowi, zapalonemu wędkarzowi, taki haczyk wbił się w oko, prosto w źrenicę, a ja jako siedmiolatek byłem tego świadkiem. Na motocyklu inny wędkarz odwiózł go do szpitala, gdzie lekarze stoczyli długą walkę o uratowanie oka. Kuzyn odzyskał wzrok w uszkodzonym oku po 20 latach, gdy wynaleziono sztuczne soczewki.
Psiak z haczykiem na ryby w pysku zniknął, a Ewa i Leszek musieli pilnie wyjechać do Polski i nie zdążyli zabrać go do weterynarza. A jest taki vet w Sarandzie, który bezdomne zwierzęta leczy gratis lub za symboliczne pieniądze. Szukałem psiaka dwa dni. Miał być w parku obok placu zabaw i w pobliżu banku. Miał się nim opiekować bezdomny Albańczyk, który mieszka w namiocie w parku. W jego namiocie Ewa i Leszek zostawili worek karmy i kilkanaście puszek dla psiny, ale go wtedy nie zastali. Przez dwa dni padał deszcz. Bezdomne zwierzaki się pochowały. Namiot odnalazłem, ale bezdomnego w nim nie było. Szczeniaka również.
Dziś okazało się, że źle szukałem. Nie ten park, nie ten plac zabaw, nie ten bank i nie ten bezdomny. 500 metrów dalej. Psiak był, bawił się z dziewczynką, na oko 10-letnią Cyganką, której towarzyszyła babcia. Dziewczynka pokazała mi na brodę psiaka. Czerwony ślad wskazywał miejsce, gdzie był haczyk. Psiak jakoś sam się go pozbył albo ktoś go usunął. Być może dziewczynka i jej babcia. W parku czekała na mnie Jola, Polka mieszkająca w Sarandzie. No to, skoro już tu jesteśmy, to może by psiaka zaszczepić? OK.
Pokazujemy Cygankom – babci i wnuczce – na telefonie, że chcemy iść z pieskiem do weterynarza, aby go zaszczepić przeciw wściekliźnie. Sęk w tym, że obie nie potrafią czytać, a telefon nie czyta na głos, bo stracił właśnie zasięg. Warczymy. Doktor. Wet. Vaccine. Szczepionka. Nie chcemy wam pieska zabrać, chcemy go tylko zaszczepić. Dziewczynka zrozumiała. Bierze psa na ręce. Ale do naszego weterynarza jest daleko. Dziewczynka pokazuje, że jest weterynarz znacznie bliżej. Biorę psiaka na ręce. Zostaję dziabnięty jego ostrymi jak igiełki zębami w policzek i polizany po całej twarzy.
Weterynarz szczepi psiaka i daje Cygankom tabletki na odrobaczenie. Tłumaczy, że mają je podać psu jutro razem z karmą. Babcia i córka nas bardzo pozytywnie zaskoczyły. Poprosiły lekarza o książeczkę dla psa. Z potwierdzeniem szczepienia. Bo one się nim opiekują i taka książeczka może się kiedyś przydać. Lekarz mówi: „OK. Ale to będzie kosztowało dodatkowo 300 leków”. Jola płaci za wszystko 1500 leków, czyli 66 zł. Gotówką. Ja mam tylko kartę, a w Sarandzie mało kto przyjmuje karty. W zasadzie tylko hipermarkety. Bankomaty pobierają złodziejskie prowizje dochodzące przy niewielkich wypłatach do… 40 procent. Dałem Cygankom smycz i obrożę dla kundelka. Były przeszczęśliwe. Ale i zaniepokojone. Czy nie chcemy zabrać im Kiry, bo tak wabi się psina? Im i bezdomnemu. No bo przecież ten bezdomny Albańczyk też się nią zajmuje. Ona śpi u niego w namiocie. Ależ nie. Przecież nie zabierzemy Kiry do Polski. To 2200 km stąd. Nawet gdybyśmy mieli taki zamiar, to przepisy unijne znacznie to utrudniają. Ale tego już nie tłumaczymy. Dajemy słowo, że Kiry nigdzie nie zabierzemy. Babcia i wnuczka oddychają z ulgą.
I tak w ten oto sposób Polacy, Cyganie i Albańczycy razem opiekują się w Sarandzie małą suczką Kirą. 🙂 Brzmi jak bajka, prawda? Kira nie jest wyjątkiem, bo tak jest z wieloma innymi bezdomnymi psami i kotami. Są sterylizowane, czipowane, chyba na koszt gminy, ale tego nie sprawdzałem. I żyją sobie na wolności. Całymi latami. Opiekują się nimi właściciele restauracji, sklepów, dzieci, lokatorzy domów. Wspólnie Albańczycy i turyści. Ten system podoba mi się znacznie bardziej niż klatki w schroniskach dla zwierząt. W Polsce to niemożliwe, chociażby z powodu klimatu. Ale w Sarandzie dzisiaj, 4 grudnia, jest +16 st. C. Zimą bezpańskie psy i koty trochę tu zmokną, ale na pewno nie zmarzną.
Piękna ta Kira, prawda?
